|
poniedziałek, 09 listopada 2009
51
Rozmawiałam ostatnio z Mitchem o tym, czy dobrze nam się mieszka w Bristolu. Doszliśmy do wniosku, że nienajgorzej. Mieszkamy w dobrej dzielnicy, blisko szkoły i pracy. Kilka minut spacerem do sklepu, 20min autobusem do centrum, całkiem dobre położenie. A na dodatek polski sklep i polska restauracja po drugiej stronie ulicy! :-) Podobno niedawno Bristol został ogłoszony najlepszym miastem w UK do życia. Nie wiem dokładnie na jakiej podstawie, ale domyślam się, że to dlatego, że jest to przyjazne miasto, szczególnie przyjazne młodym ludziom. Bristol to miasto pełne życia. Są tu dwa uniwersytety, mnóstwo klubów, pubów, restauracji i sklepów. Nienajgorsza komunikacja miejska, troche zieleni, zadbane centrum... Zapytałam ostatnio klientkę w pubie co o tym myśli. Powiedziała mi, że w sumie się zgadza ze mną, a jedyną rzeczą jakiej nie lubi w Bristolu są jego mieszkańcy. Ona uważa, że wszędzie w Anglii ludzie są bardziej otwarci, że może usiąść w pubie sama przy barze i ktoś na pewno nawiąże z nią rozmowę. A w moim pubie siedziała przez ponad pół godziny sama, nikt z siedzących obok ludzi się nie odezwał. Więc domyślam się, że dla niej to jest miara ludzkiej otwartości ;-) Ja nie wiem, czy miała rację, bo w sumie nie znam żadnego rodowitego mieszkańca Bristolu. Moje spostrzeżenia dotyczą Anglików ogólnie, i mam wrażenie, że to bardzo dziwni ludzie. Z pozoru bardzo mili, ale zamknięci, przyjaźnie nastawieni, ale tak trochę sztucznie się zachowywujący. Sa mili, bo muszą, bo taka jest tradycja, żeby zawsze mówić "Please", "Thank you"... Jak idę do sklepu czy na pocztę to mi to odpowiada, bo obsługa jest miła i szybka. Ale w szkole czy w takich zwykłych kontaktach międzyludzkich to jakoś nie mogę się odnaleźć.
czwartek, 29 października 2009
50
Moim szczęściem są moje możliwości. Mogłam wyjechać do UK i dzięki temu poznałam cudownego chłopaka. Mogłam rozpocząć studia w Bristolu, dzięki czemu w wieku 21 lat mogę się starać o pracę w Intelu czy Microsoft. Mogę mieszkać w moim małym przytulnym mieszkanku, uczyć się, pracować, chodzić na siłownię, eksperymentować w kuchni, rozmawiać z rodziną codziennie na Skype - to wszystko sprawia, że jestem szczęśliwą osobą. To szczęście często przysłania codzienna rzeczywistość - dwie idiotki, które zapominają o ważnym spotkaniu i niczego nie traktują poważnie, brzydka pogoda, spóźniające się autobusy, niemiły klient, głupia szklanka która się stłukła. Ale jak usiądę na chwilę, posłucham muzyki, zrelaksuję się i pomyślę, że mogę tyle rzeczy, to od razu czuję się lepiej.
piątek, 28 sierpnia 2009
49
Dzisiaj pada... Takie to są te angielskie wakacje. Nie dość, że ciężko pracuję, to jeszcze pogoda nie dopisuje. Ale może to i dobrze - nie jest mi przynajmniej żal, że słońce świeci, a ja siedzę (a właściwie stoję) w pracy. Właśnie zaobserwowałam ciekawe zjawisko. Przez kilka minut lało jak z cebra, a następnie w ciągu sekundy przestało. Tak jakby ktoś momentalnie przestał lać wodę wiadrem. I ja, Marta, coś takiego zauważyłam ;-) A poza tym to bardzo dawno nie pisałam, więc tak w telegraficznym skrócie kilka najważniejszych punktów: 1. Moja Maminka była jakiś miesiąc temu w Bristolu. Chciałam, żeby Tatek też przyjechał, ale praca Go przytłoczyła. Jestem niesamowicie dumna z Maminki, że zdecydowała się sama przylecieć, a najbardziej z tego, że rozmawiała z Mitchem. Któregoś wieczoru wybrali się we dwójkę do pubu w którym pracuję i popijając drinki porozumiewali się mieszanką angielsko-polską. I to nie przez 10min, ale coś w okolicach dwóch godzin! Byłam pod wielkim wrażeniem. 2. Przeprowadziliśmy się z Mitchusiem do nowego mieszkanka. Jest malutkie, ale przytulne i co najważniejsze - własne. Nie dzielimy go z żadną rodziną, z płaczącym dzieckiem, czy z miłośnikami hard rocka. 3. Rzuciłam pracę u Jan. Byłam zatrudniona jako 'Personal Assistant', a wykonywałam pracę sprzątaczki. Gdybym była zatrudniona jako cleaner więcej bym dostawała na rękę, a ta głupia baba z mózgiem obrośniętym tłuszczem próbowała mi wmówić, że jestem szczęściarą że mi płaci £8 za godzinę. A teraz to ja ją mam gdzieś, pies ją trącał i więcej się nie muszę przejmować. 4. Piter, mój mały braciszek, dostał się na studia do Dęblina. Jestem z niego dumna jak paw :-) W końcu kto by pomyślał, że pomysł zostania pilotem który narodził się w jego małej głowce w zeszłym roku na wakacjach w Bristolu okaże się wypałem? ;-))) I na koniec chciałabym dodać, że postaram się częściej pisać, ale nie wiem, jak to będzie. Sporo rzeczy mam teraz w planach, szkoła się za miesiąc zaczyna i trzeba zacząć myśleć o Świętach... ;-)
wtorek, 23 czerwca 2009
48
Dostałam na imieniny książkę, która została mi polecona przez mamę Mitcha, a której nie było w bibliotece do wypożyczenia. A szkoda, bo wiele osób powinno ją przeczytać... 'Poles apart' (nie wiem, jak i czy w ogóle tytuł został przetłumaczony na polski) to książka o mnie. Przynajmniej tak mi się wydaje po przeczytaniu pierwszych 30 stron ;-) Główna bohaterka to Marta, która przeprowadza się do UK, żeby znaleźć pracę w zawodzie... a dyplom ma z marketingu. Zna język, wie czego chce, jest zdeterminowana, żeby osiągnąć sukces. Więc wkurza się, jak słyszy, że "Masz szczęście, że jesteś dziewczyną. Zawsze możesz pracować jako au pair. Albo dostać pracę w polskiej piekarni - podobno są wszędzie w Londynie." Mnie też wkurza takie podejście zarówno Polaków jak i Anglików (uogólniam tylko na potrzeby notki, nie uważam, że WSZYSCY Polacy i Anglicy tak myślą). Że można pojechać do UK bez znajomości języka i zawsze się jakąś pracę znajdzie (budowa? sprzątanie?)... Że jak się nie jest native speaker to żadnej poważnej pracy się nie dostanie mimo odpowiedniego wykształcenia... Jack, jeden z bohaterów, o Polakach wie tyle, że "lubią pierogi, noszą futrzane ciepłe płaszcze i dodają 'aski' na końcu każdego wyrazu." Zastanawiam się, czy to jest faktycznie cała wiedza Anglików o Polakach. W sumie chyba tak z ciekawości popytam znajomych Aglików, co wiedzą o Polsce... ;-) A póki co, czytam dalej... P.S. Polecam również bloga Sylwia Presley, bo bardzo mi się podoba to, co autorka napisała o tej książce.
poniedziałek, 25 maja 2009
47
Wczoraj był w Bristolu przepiękny, słoneczny, letni dzień... który w większości spędziłam w łóżku. Ponieważ dzień wcześniej pracowałam, a wczoraj miałam wieczorną zmianę, to dla odpoczynku zakopałam się w pościeli z komputerem. Oczywiście przy otwartych na oścież oknach, żeby się delektować świeżym powietrzem i słuchać ćwierkających ptaków. Do pracy szłam na 16.00, było bardzo gorąco, korciło mnie żeby założyć letnią sukienkę, ale niestety... czarny uniform jest w pracy wymagany. Więc idę sobie przez centrum miasta, nieśpiesznie, bo czasu jeszcze trochę miałam, a tu nagle podchodzi do mnie jakiś chłopak i pyta, jak się mam. W sumie to nawet nie zwolniłam kroku, bo jestem przyzwyczajona, że jak w mieście jakaś młoda osoba Cię zatrzymuje, to po to, żeby wyciągnąć od Ciebie pieniądze lub podpisy na jakieś organizacje charytatywne. Z tym że ten chłopak nie nosił żadnej koszulki wskazującej na takową działalność. Przedstawił się, spytał jak mi dzień mija i stwierdził, że chciał mi tylko powiedzieć, że jego zdaniem wyglądam "słodko" (a dokladniej: "Just wanted to tell you that you look cute"). No i szczerze mówiąc to czegoś takiego się nie spodziewałam... ;-) Szedł ze mną jeszcze chwilę (zdąrzył mi powiedzieć, że pracuje jako software designer i że wyszedł na miasto bo jest piękna pogoda i że jego przyjaciele gdzieś tam na niego czekają...), ale grzecznie musiałam mu powiedzieć, że idę teraz do pracy i że pewnie powinien wracać do swoich znajomych. Ale cała sytuacja bardzo poprawiła mi humor ;-))) Poza tym tuż obok mojego miejsca pracy zorganizowane wczoraj zostały skoki na bungee. Duży dźwig, dużo ludzi... tylko pozazdrościć! Któregoś dnia ja też sobie skoczę ;-)
poniedziałek, 18 maja 2009
46
Blog miał mały lifting, jak pewnie łatwo zauważyć. Po pierwsze dlatego, że już od dawna nie mieszkam w Grasmere (skąd pochodziło zdjęcie), a po drugie dlatego, że potrzebne mi są jakieś zmiany. Obecnie mieszkam w Bristolu, który jest znany z festiwalu balonów i Suspension Bridge (na zdjęciu powyżej). Jest to całkiem fajne miasto. Trochę podobne do Łodzi, dość przyjazne, z dobrze rozwiniętą, choć nie zawsze punktualną, komunikacją miejską. Mieszkam sobie tutaj już trochę ponad rok i chodzi mi po głowie zmiana miejsca zamieszkania. Mimo, że lubię Bristol, to nie chcę tu długo zostać. Albo do skończenia studiów, albo... krócej :-) Chodzi mi po głowie Oxford, ale zobaczymy co z tego wyjdzie. Mitchowi bardzo podoba się plan przeprowadzenia się do Łodzi. Założył sobie, że po roku mieszkania w Polsce chce mówić po polsku bez większych problemów. Myślę, że jest na to szansa. A ja będę mogła rozpieszczać moją rodzinę obiadkami. W koncu mieszkalibyśmy bardzo blisko siebie... :-) W Bristolu pogoda jest wyjątkowo nie-letnia. Pamiętam, że w zeszłym roku właśnie w połowie maja było słonecznie, gorąco, a ja opalałam się w ogródku. W tym roku jest zimno, wieje wiatr i pada deszcz. Nie cały czas, ale na pewno nie jest tak ciepło i letnio jak rok temu. Z utęsknieniem czekam na chociaż kilka ciepłych dni... A póki co muszę popsikać buty sprejem, który zapobiega moknięciu, wziąć parasolkę i iść na zakupy, żeby Mojemu Ukochanemu wątróbkę kupić na obiad....
środa, 06 maja 2009
45
Nie lubię mieszkać w UK. Taka myśl nachodzi mnie dość często, ale jest to bardzo prosta myśl, która po dłuższych przemyśleniach staje się bardziej szara, niż czarno-biała. Do mieszkania w UK nikt mnie nie zmuszał. Przeprowadziłam się, bo mój Kochany jest angielskojęzyczny i byłoby mu o wiele trudniej żyć w Polsce, niż mi w UK. Poza tym studia w UK były dla mnie wielkim wyzwaniem, które chciałam podjąć odkąd rozpoczęłam naukę w LO, tylko brakowało mi odwagi. No a skoro już mam tu Ukochanego, to czemu by nie studiować? W UK dobre jest to, że mogę studiować na świetnie wyposażonej uczelni. Mogę również dostać pożyczkę na studia, bez której nie byłoby mnie stać na opłacenie czesnego. W UK podoba mi się również to, że mogę się ubierać jak chcę i nie jestem oceniana przez to, jak wyglądam. To znaczy pewnie do pewnego stopnia ludzie mnie oceniają po wyglądzie, ale nie czuje się tego tak, jak w Polsce. To pewnie dzięki większej różnorodności kulturowej. Ale nie podoba mi się to, że nie jestem traktowana jak równy obywatel. Nie mogę dostać żadnego stypendium, bo nie jestem Brytyjką. Co z tego, że Polska należy do Unii Europejskiej? Co z tego, że mam lepsze wyniki w nauce niż większość Brytyjczyków? Studenci są równi i równiejsi, a mi się żadna pomoc nie należy. W UK czuję się obco. Ludzie wyłapują mój wschodnioeuropejski akcent i już wiedzą, że nie jestem stąd. Niektórzy myślą, że nie rozumiem angielskiego, mówią wolniej, prościej... Nie pomyślą, że ja tu żyję i studiuję, więc mój angielski jest niezły. Nie lubię sama chodzić po mieście, bo nigdy nie wiem, czy ktoś mnie nie zaczepi, nie sprobuje czegoś sprzedać, wyciągnąć podpisu... Przestępczość wśród nielenich przeraża, bardziej boję się wyrostków, niż pijaczków w parku. W UK jest dużo ludzi grubych i otyłych, kiepskie jedzenie, gumowy chleb i mnóstwo młodych dziewczyn z dziećmi w wózkach. Mimo, że antykoncepcja jest za darmo, to i tak stanowczo za dużo dziewczyn zachodzi w ciążę. A potem można dokonać aborcji u zwykłego lekarza pierwszego kontaktu. Okropne... Po wycieczce do RPA czuję się tu jeszcze gorzej. Tam było ciepło, miło, prawie swojsko i mimo wielu minusów wolałabym żyć tam, niż w UK. W mojej głowie pojawia się pytanie: "Czy znajdę kiedyś takie miejsce, gdzie będę się czuć jak w domu?".
czwartek, 23 kwietnia 2009
44
W ramach zwiedzania RPA bylismy przedwczoraj z Mitchem na dlugiej i ekscytujacej wycieczce. Naszym glownym celem bylo miejsce zwane Cango Caves - niesamowite jaskinie pelne stalagmitow i stalaktytow i roznych innych form. Mielismy niesamowitego przewodnika geja ;-), fajna 12-osobowa grupe i wycieczke pelna wrazen jako ze wybralismy z Mitchem opcje 'adventure', wiec nie tylko chodzilismy po jaskiniach, ale tez czolgalismy sie, zjezdzalismy i wspinalismy :-) Przebylismy trase ponad trzykilometrowa w dwie godziny mimo ze przewodnik zapowiadal '60, gora 90 minut'. Niesamowita sprawa... Przy okazji, bedac w okolicy, pojechalismy tez obejrzec Cango Wildlife Ranch - rezerwat dzikich zwierzat. Nie bylo to takie samo doswiadczenie jak ze slonmi, ktoryh moglismy dotknac, ale tez ciekawe. Miejsce troche podobne do zoo, ale wycieczka byla z przewodnikiem i niektore zwierzeta (np nietoperze) byly puszczone wolno i przebywaly niebezpiecznie blisko turystow. Co mnie najbardziej ruszylo to lwy. Podziwialismy je z pomostu ktory otaczal caly ich wybieg. Byl tam jeden lew, ktory na naszych oczach zjadal pol krowy (olbrzymi kawal miesa i kosci!) i dwie lwice, z ktorych jedna przymierzala sie do polowania na mala dziewczynke bedaca w mojej grupie. Przewodnik wlasnie tlumaczyl nam, ze lwice, kiedy poluja, wybieraja najmniejsze i najslabsze osobniki ze stada, bo wiadomo, ze bedzie je latwiej zlapac. I dokladnie w tym momencie lwica utkwila spojrzenie w tej dziewczynce (najmniejszej za wszystkich). Patrzyla na nia i patrzyla, a w koncu podniosla sie i z groznym pomrukiem zaczela isc w jej strone. Mimo, ze bylismy jakies dwa metry ponad lwami, i tak bylo to dosc przerazajace, jako ze lwica po prostu przymierzala sie do polowania! W tym rezerwacie mielismy tez mozliwosc poglaskania geparda za dodatkowa oplata, ale poniewaz bylo juz zimno i pozno, a my mielismy ponad dwugodzinna droge powrotna do domu przed nami, to odlozylismy to na 'next time', jak ostatnio czesto zdarza nam sie mowic. Kiedy to bedzie? - nie wiadomo, ale mam nadzieje, ze niedlugo :-)
środa, 22 kwietnia 2009
43
Jestem daleko, daleko od Polski (w RPA na wakacjach obecnie jakby ktos nie wiedzial), dwa lata po ukonczeniu liceum, a nadal snia mi sie koszmary! A wlasciwie jeden - o matematyku... Kowal mial ogromny wplyw na zycie wiekszosci swoich uczniow. Ja mialam to (nie)szczescie, ze mnie tez uczyl matematyki. Chyba zadnego przedmiotu nie uczylam sie tak pilnie, jak matmy, chociaz bylam w klasie humanistycznej tak zwanej. Moment, kiedy 'Pani Lukasiewicz' miala isc do tablicy byl dla mnie jesnym z trudniejszych w mojej szkolnej karierze. A teraz jeszcze meczy mnie Kowal w snach... Snilo mi sie to mianowicie kilka dni temu. Bylam w 21 LO, jak zwykle siedzialam w saloniku wicedyrektorki kiedy wszedl Kowal i powiedzial, ze spodziewa sie mnie widziec zaraz na lekcji (mimo, ze nie mialam zamiaru tam isc, bo bylam zajeta organizowaniem czegos tam...). No ale juz, jak mnie widzial, to przeciez musze isc. Ale jakos tak zaraz po dzwonku na lekcie zobaczylam w kacie korytarza mojego brata, ktory wspomnial cos o schowaniu sie i wymknieciu ze szkoly... bardzo przekonujaco to zabrzmialo, wiec wprowadzilismy plan w zycie. Schowalismy sie za sciana i czekalismy na odpowiedni moment, zeby wybiec ze szkoly. Niestety, Kowal przechodzac korytarzem znalazl mnie i powiedzial, ze sie po mnie tego nie spodziewal. A mi strasznie zalezalo na dobrej ocenie z matematyki, wiec obiecalam, ze sie to nigdy wiecej nie powtorzy. On natomiast zaprosil mnie na lekcje, chociaz nie mialam przy sobie zeszytu, dlugopisu... A ja spanikowalam i zaczelam uciekac! I sie obudzilam przerazona, ze mnie Kowal zaraz dopadnie i sila na lekcje matematyki zaprowadzi! Mimo ze lubilam swoje LO i mam wiele dobrych wspomnien z tej szkoly, to sny moim zdaniem to juz przesada...
poniedziałek, 06 kwietnia 2009
42
Dzisiaj rozpoczął się nowy rok podatkowy w Anglii. Z tej okazji od samego rana w programach informacyjnych mówi się o kryzysie ekonomicznym. Jak szybko powiększa się zadłużenie państwa, ale też jak kryzys odczuwają zwykli obywatele. Popatrzyłam na to chwilę i zmieniłam program. I tak sobie pomyślałam... Czy Anglicy naprawdę muszą dzielić się ze wszystkimi swoim nieszczęściem. Albo może oni lubią porównywać siebie do innych i do ich sytuacji. "Mnie jest źle, ale jeśli innym jest jeszcze gorzej, to nie ma się czym martwić." Ja od kilku miesięcy nie mogę znaleźć pracy - tak dotknął mnie osobiście krysys w UK. Ale inni są w jeszcze gorszej sytuacji. Problem polega na tym, że ja nie chcę o tym wiedzieć. Bo wtedy zaczynam się bać, że mnie może być jeszcze gorzej. Nie lubię słuchać, czytać czy mówić o kryzysie. Wiem, że jest, muszę się o nim uczyć, ale wolę udawać, że mnie on nie dotyczy. Tak czuję się bezpieczniej. Za 5 dni wybieramy się w dłuuuugą podróż. Większość rzeczy do zabrania już skompletowaliśmy, czekamy jeszcze na kartę kredytową Mitcha z nadzieją, że przyjdzie na czas. Bo w przeciwnym razie będziemy mieli problem z wynajęciem samochodu. Mamy przygotowany plan B, ale wolelibyśmy, żeby wszstko poszło gładko, po naszej myśli :-) Od razu zapowiadam, że nikomu słonia z Afryki nie przywiozę, bo jest za duży i chyba byłoby to nielegalne, wywieźć takie zwierzę ;-) Zdjęcia natomiast będą w sieci tak szybko, jak uda nam się tam po drugiej stronie świata znaleźć internet. Moim celem jest zdjęcie ze strusiem! Przydałby się mój Brat-Fotograf, ale cóż... muszę liczyć na wątpliwe umiejętności Mitcha w dziedzinie fotografi póki co. Na bieżąco śledzę pogodę - liczę na śliczny koniec lata. Dużo słońca, mało wiatru, piękna opalenizna po dwóch tygodniach przywieziona z powtorem do UK. Ale to jeszcze 5 dni. A póki co... siedzę w domu i powtarzam do majowych egzaminów ;-) |